co prawda dopiero styczeń, ale myślę, że to poważny kandydat na informację roku: będę miała rodzeństwo, tato zaliczył wpadkę, o! dziwnie, ale fajnie.
właśnie zmarł autor książki, którą aktualnie czytam. dziwne uczucie.
spędziłam dziś łącznie około 20 minut na obłupywaniu lakieru z paznokci, na szczęście takiego w kolorze kości słoniowej, nie krwistego, bo braków tego drugiego nie dałoby się ukryć. strasznie się ostatnio rozdwajają te paznokcie, zupełnie sobie z nimi nie radzę.
no więc zaczęło się między nami z powrotem nie najgorzej układać. coraz częściej zdarzają się chwile podobne do tych sprzed lat, kiedy moje serce było lżejsze i spokojniejsze, a głowa jednocześnie bardziej i mniej racjonalna. znowu opowiadam mu, jak mi minął dzień, a po obiedzie okupujemy razem kanapę. w weekendy wychodzimy pić alkohol i solidnie wstawieni tańczymy obok baru, wykonując skomplikowane i pewnie dość komiczne figury. nie pamiętam tylko, kiedy ostatni raz powiedziałam mu, że go kocham. myślę, że mógł minąć nawet rok. na szczęście o to nie pyta; może ma na tyle wyczucia, a może mężczyźni po prostu nie zwracają uwagi na takie rzeczy.
tylko z seksem jest od dawna krucho. ś. nie wzbudza mojego pożądania albo wzbudza je bardzo rzadko. i choć wiem, że męczy go próżnia w tym temacie, tradycyjnie nie robi nic poza czekaniem na zbawienie. a mi aż kipi w głowie. wiem, że powinnam czasem zwyczajnie wziąć go za rękę i zaprowadzić do łóżka, dać jakiś znak, ale przecież już kiedyś o tym mówiłam. ba! powiedziałam nawet przy którejś okazji, że znalazł się ostatnio ktoś, kto powiedział, że mnie kocha. i nic. czasem tylko w tych krótkich momentach między zdjęciem przeze mnie ubrania a włożeniem innego zerka na mnie tym swoim cielęcym wzrokiem i uśmiecha jak nastolatek. niech to szlag. jestem jak pole leżące odłogiem.
dla pogłębienia poczucia sensualnej beznadziei w filmie, na który jednym okiem zerkam, leci właśnie inertia creeps, a to jeden z tych utworów, które zdecydowanie podnoszą mi ciśnienie.
mam próżną potrzebę się pochwalić, bo ostatnio wygrałam książkę. i nie wygrałam jej w losowaniu, tylko za wypowiedź pisemną, taką luźną recenzję twórczości michaela cunnighama, a konkretnie jednej z jego powieści. tak się zastanawiam i dochodzę do wniosku, że chyba nie wygrałam niczego za coś, za wykazanie się jakąkolwiek wiedzą czy umiejętnościami, od czasów podstawówki i ówczesnych konkursów czytelniczych, ortograficznych albo recytatorskich. strasznie mnie to ucieszyło, naprawdę. tym bardziej, że chwilę przed tym, jak natknęłam się na ten konkurs, byłam w księgarni i widziałam tę zdobyczną książkę. chciałam ją nawet kupić, ale ograniczyłam się do pogłaskania okładki i myśli: "poczekam, może od kogoś dostanę".
[„Godziny” Michaela Cunninghama przeczytałam wiele lat temu, na długo przed tym, zanim z okładki zaczęły na nas spoglądać aktorki grające główne role w ekranizacji powieści. Od pierwszych stron wiedziałam doskonale, że ta książka zostanie w mojej głowie na długi czas. Najpierw oczarował mnie język – obrazowe, niewyświechtane porównania i metafory, życiowe i poetyckie jednocześnie. Uznanie należy się autorowi również za niebanalną strukturę i za fabułę zbudowaną z udziałem postaci rzeczywistych (Virginia Woolf), literackich (Clarissa Dalloway) i pozornie rzeczywistych, choć fikcyjnych (Laura Brown).
Najbardziej jednak ujął mnie Cunningham umiejętnością nazywania po imieniu rzeczy niewypowiedzianych, takich, które nosimy – w szczególności my, kobiety, bo to o nich w powieści mowa – w sobie. Autor doskonale przedstawia zawiłe procesy myślowe, zahaczając nieco momentami o technikę strumienia świadomości, uładzoną stosowną składnią i interpunkcją. Czytając tę książkę, niejednokrotnie kręciłam z podziwem głową nad trafnością spostrzeżeń, nad tym, z jaką łatwością nazywane są najdrobniejsze nawet, ledwo przemykające pod skórą uczucia, pragnienia, obawy i kalkulacje. „Godziny” są dla tych, którzy wiedzą, czym jest, niekoniecznie uzasadnione, poczucie smutku i wyobcowania. U Cunninghama znajdziecie zrozumienie.]
w poprzednim życiu mieszkałam chyba w londynie. i chyba dobrze mi tam było. to dość dziwne, że miasto, w którym spędziłam marne cztery czy pięć dni, wzbudza we mnie taką, jakby to powiedzieć, nostalgię. i w sumie wzbudzało ją na długo zanim tam pojechałam, z tym, że teraz większą. nawet irlandzkie cork, w którym mieszkałam łącznie niemal pół roku, tak mnie nie porusza. za każdym razem, kiedy o londynie czytam lub słyszę, odczuwam jakąś irracjonalną tęsknotę za tym miejscem i jeszcze bardziej irracjonalną zazdrość w stosunku do tych, którzy tam są. dziwne, nie?
pan z monopolowego mnie lekko onieśmiela, do takich mało istotnych doszłam dziś wniosków.
system: down
recovery process: initiated
horizontal mode: on
a baby demonstracyjnie kaszlące w kolejce do lekarza, żeby pokazać, jak bardzo muszą natychmiast wejść do gabinetu, są doprawdy zabawne.
i to już chyba jakaś prawidłowość, że los mnie obdarza stałymi związkami z mężczyznami pozbawionymi ambicji i inicjatywy.